Pomaganie to „praca” na pełen etat. „Można się zajechać. I fizycznie i emocjonalnie” [MAGAZYN ANN]

Data i czas rozpoczęcia
Liczba miejsc 5

To nie jest tak, że bierzemy kogoś, kto ucieka przed wojną do samochodu i robimy sobie small talk: „Co tam w Ukrainie”. Trzeba pozwolić tym ludziom pobyć w ciszy, z własnymi myślami, a jak sami zaczną coś mówić, to wtedy słuchać – opowiada Krzysztof Janoś, wrocławski dziennikarz, który od początku wojny organizuje pomoc uchodźcom z Ukrainy. 

Ten porażający widok zostanie ze mną do końca życia

Ewelina Lis, www.ANN-zdrowie.pl: Najbardziej poruszający obraz, który zapamiętałeś z wyjazdów na granicę?

Krzysztof Janoś: Hrubieszów. Punkt recepcyjny, a w nim setki, a może nawet tysiące uchodźców. Punkt zlokalizowany jest w ogromnej hali widowiskowo-sportowej, trochę mniejszej niż katowicki Spodek. Patrząc na tę halę wypełnioną po brzegi ludźmi, przypomniały mi się zdjęcia ofiar huraganu Katrina, który siedemnaście lat temu przeszedł nad Nowym Orleanem. Wtedy kilkanaście tysięcy osób znalazło schronienie na stadionie. W Hrubieszowie głównie widziałem matki z dziećmi.  

Polub nas w mediach społecznościowych i zainstaluj darmową aplikację Ann Asystent Zdrowia. Zaawansowane funkcje Ann dostępne wyłącznie dla zarejestrowanych Użytkowników.

Ten widok też poraża.

I na pewno zostanie ze mną do końca życia. Tego nie da się opisać. Kobiety wysiadały z busów straży pożarnej i szły w stronę punktu recepcyjnego. Zazwyczaj były obwieszone niewielkimi siatkami czy plecakami, a na rękach trzymały dzieci. I te dzieci – jak to dzieci – każde chciało biec w swoją stronę. Trochę nie rozumiały, co się dzieje i miały dość siedzenia w miejscu, a trochę były przerażone. Maluchy się rozbiegały, kobiety próbowały je złapać, a torby leciały na ziemię. Patrząc na to wszystko, pomyślałem: „to jest masakra, to jest wojna. Te dzieci powinny się teraz zajmować zupełnie innymi rzeczami”.

Nasze samochody były wyładowane darami – to nieoceniona pomoc

Jak długo czekałeś, aby kogoś stamtąd zabrać?

Chwilę to trwało, ale odbywało się raczej sprawnie. Najpierw zostawiliśmy zebrane w Polsce dary dla wojsk obrony terytorialnej, czyli latarki, czołówki, baterie, powerbanki, karimaty, śpiwory, termosy, ogrzewacze rąk i nóg, odzież termoaktywną, apteczki, leki i wszystko, co potrzebne do opatrywania ran, ochraniacze na kolana i łokcie czy suchą żywność. Nasze samochody były obładowane darami po sufit.

I potem zaczęły się formalności. Musiałem się zarejestrować, złożyć elektronicznie wniosek, czyli zgłosić chęć zawiezienia kogoś w konkretne miejsce. W przeciwieństwie do mojej pierwszej podróży, tu już nie było „wolnej amerykanki”, nie można było nikogo zabrać bez dokumentów i podania swoich danych. Tak naprawdę wystarczyło zeskanować leżący na stole kod QR i wpisać kilka informacji. Razem ze znajomymi zabraliśmy trzema autami dwanaście osób uciekających przed wojną. Ze mną pojechała mama z trójką dzieci. 

W jakim wieku?

To były maluchy, same dziewczynki. Najmłodsza miała dziewięć miesięcy, starsza cztery lata, najstarsza około sześciu. Wszystkie były wykończone, zestresowane i spięte. Nic dziwnego, potem okazało się, że podróż ze Lwowa na granicę zajęła im sześćdziesiąt godzin. Wyobrażasz sobie? Sześćdziesiąt godzin z takimi małymi dziećmi.

Co się działo przez te sześćdziesiąt godzin?

Nie dopytywałem. Wiem jedynie, że chodziło o procedury. Jechały już w stronę granicy i zostały zawrócone, a potem musiały zejść do schronu, bo rozpoczęła się godzina policyjna.

Pobierz i zainstaluj bezpłatną aplikację Ann Asystent Zdrowia i przeczytaj więcej ciekawych wywiadów przeprowadzanych przez nasz team medialny!

Dzieci biegały a my byliśmy przerażeni

A temat wojny w czasie tej podróży był obecny?

Nie, rozmawialiśmy o technicznych sprawach. Wziąłem mobilne Wi-Fi, czyli taką małą kostkę, która jest routerem i która szybko stała się atrakcją. 6-latka miała tablet, więc z radością podłączyła się do sieci i zaczęła oglądać bajki. Ta dziewczynka siedziała obok mnie i była zafascynowana całym otoczeniem –autostradami, samochodami i GPS-em na dużym ekranie. Ciągle coś do mnie mówiła, ale po ukraińsku, ja próbowałem odpowiedzieć po rosyjsku, ale ona nie rozumiała.

Wyglądało to tak, że ona coś próbowała wytłumaczyć, a ja się śmiałem i potem na odwrót. Raz wspomniała, że czeka na tatę. Tak mi się wydaję, że to miała na myśli. W rozmowie z czterolatką rozumiałem jedynie, że mam podać czekoladki.

Mama z kolei w przerwach między tuleniem, karmieniem piersią 9-miesięcznej córki i uspokajaniem pozostałych dziewczynek, za pomocą Vibera łączyła się z mężem, który został w Ukrainie. Miała w sobie ogromną siłę i cierpliwość. Ani razu nie poirytowała się na te dzieci, a naprawdę dawały w kość.

W którym momencie pojawiły się pierwsze uśmiechy?

Po pierwszym postoju zrobił się „wesoły autobus”. Na stacji benzynowej, na której się zatrzymaliśmy, dziewczynki zakolegowały się z dziećmi, które podróżowały z moimi znajomymi. Zaczęły biegać, bawić się, a my byliśmy przerażeni. Baliśmy się, że jakiś samochód je potrąci. Potem kupiliśmy mnóstwo słodyczy i soków. I zaczęły się śmiać, jak to dzieci. Cała czwórka w nieco rozluźnionej atmosferze dotarła bezpiecznie do Łodzi.

fot. Krzysztof Janoś

To była twoja druga podróż. Za każdym razem jechałeś załadowany po sufit. Do Hrubieszowa zawiozłeś głównie militaria, do Przemyśla foteliki.

Większość ludzi się dziwiła: „Czemu foteliki?”. Taka była potrzeba. Uchodźcy –głównie matki z dziećmi –wysiadają z pociągów z torbami, reklamówkami, a dzieci niosą na rękach. Nikt nie zabiera ze sobą fotelika. Potem ci ludzie wsiadają do samochodów i jadą po kilkaset kilometrów. Taka długa podróż z dzieckiem, bez odpowiedniego zabezpieczenia, to proszenie się o tragedię.

Skąd wziąłeś te wszystkie foteliki?

Od dobrych ludzi. Najpierw zadzwoniłem do znajomej psycholog, dr Beaty Rajby, która dwa dni wcześniej opowiadała we współprowadzonym przeze mnie programie „Misja na Marsa” w Radiu RAM o tym, jak sobie radzić z lękiem i strachem wywołanymi wojną w Ukrainie, okazało się, że jej sąsiad jedzie na granicę. Kiedy do niego zadzwoniłem, on już był po konsultacjach ze swoim znajomym, który był na granicy. Komunikat był jasny: potrzebne są foteliki.

Wrzuciliśmy w mediach społecznościowych informację o tym, że organizujemy zbiórkę fotelików, a potem wyjazd. Odzew był ogromny. To było poruszające.

Kiedy przyjechałem na parking, moje auto zostało zapakowane w trzy minuty. Jeden ze znajomych, który przywiózł fotelik, ale także inne dary, po pięciu minutach powiedział żonie, że bierze wolne w pracy i jedzie z nami. Kolega z drużyny, w której gram w koszykówkę, przyjechał z Gniezna, zorganizował w sumie dwa auta. Sześćdziesiąt fotelików zapakowaliśmy do sześciu samochodów i ruszyliśmy na granicę.

Było dużo chaosu

Która podróż była trudniejsza ta do Hrubieszowa czy wcześniejsza, do Przemyśla?

Do Przemyśla pojechaliśmy ze znajomymi w pierwszych dniach wojny, nikt nie wiedział, czego się tam spodziewać. Przekierowano nas na Lwowską 36, to słynny adres, gdzie jest duży parking przed centrum handlowym. Ukraińcy uciekający przed wojną przychodzili tam pieszo, niektórzy mieli za sobą kilkunastometrowe wędrówki, inni byli dowożeni autobusami lub samochodami straży pożarnej. Ludzie bardzo szybko się organizowali, żeby zabierać ich w głąb Polski.

Aktywiści i władze zorganizowali tam punkt, gdzie można było zostawić najpotrzebniejsze dary –w pierwszych dniach były to pampersy, husteczki higieniczne, jedzenie dla dzieci i foteliki. Na miejsce dotarliśmy w nocy, więc świecące koguty straży pożarnej, policji i pogotowia sprawiały, że wyglądało to groźnie. To tak jakbyśmy wyobrazili sobie film katastroficzny, gdzie ktoś organizuje miejsce i tam zwozi się ludzi, którzy uciekli przed powodzią czy końcem świata.

Było dużo chaosu, ale nikt na nikogo nie krzyczał. Nikt się nie kłócił. Ludzie mieli dużo cierpliwości. Zostawiliśmy wolontariuszom foteliki i z Lwowskiej 36 pojechaliśmy na dworzec kolejowy, na który właśnie przyjechał pociąg z Odessy. 

fot. Krzysztof Janoś

Przyjechały głównie matki z dziećmi.

To prawda. Część czekała w środku dworca na rozłożonych materacach, inne siadały na schodach, wyciągały niedziałające telefony i próbowały gdzieś desperacko dzwonić. Zaskoczyło nas to, że mimo, iż wyglądało na to, że nie wiedzą co robić, nie mają żadnego planu, to nie chciały z nami jechać. Nie bardzo rozumieliśmy, dlaczego? Nikt oczywiście nie miał pretensji. Wszyscy się wzruszali.

Ostatecznie zabrałem parę nastolatków w wieku szesnastu i siedemnastu lat i mamę z dziesięcioletnim synem. Wsiedli do auta i byli mega przerażeni. Praktycznie nic nie mówili. Ktoś mógłby pomyśleć, że nie wyglądali na zadowolonych, że mają podwózkę.

Włączyłem ogrzewanie, zrobiło się ciepło i bardzo szybko zasnęli. Wszyscy. Obudzili się dopiero na stacji benzynowej, najpierw kobieta, potem młody chłopak, który siedział obok mnie. Kiedy zobaczyli, że jest autrostrada, są ludzie i wszystko wygląda tak realnie, zaczęli mówić.

Pobierz i zainstaluj bezpłatną aplikację Ann Asystent Zdrowia i przeczytaj więcej ciekawych wywiadów przeprowadzanych przez nasz team medialny!

Czasem trzeba pozwolić pobyć im w ciszy

Co mówili?

Kobieta opowiadała m.in. o tym, jak BlaBlaCarem próbowała się wydostać z Odessy w kierunku granicy. Ustalona wcześniej kwota za przejazd, czyli 15 euro od osoby, w momencie odjazdu wzrosła do 150 euro. Cena za przejazd autobusem jednego dnia potrafiła kosztować 100 euro, następnego 300. Wtedy też zaczęły się pojawiać fakenewsy, że kobiety są na granicy atakowane.

I w tym momencie zrozumiałem, skąd ta ostrożność u Ukrainek na dworcu w Odessie. To wszystko układało się w całość. Jestem matką, mam kilkoro maluchów, zostawiłam męża, który walczy o kraj, muszę zająć dziećmi. Im nie może się nic stać. Zrozumiałem tę rezerwę. 

Stresowałeś się, że zadasz jakieś trudne pytanie?

Nie, bo przed pierwszą podróżą zapytałem psychologa, jak to powinno wyglądać. Wiedziałem, że jeżeli ktoś jest w szoku, reakcje mogą być różne i jeżeli ktoś nie chce z nami rozmawiać, to nie należy odbierać tego personalnie, trzeba dać mu się zaadaptować do sytuacji, nie można bombardować pytaniami. To nie jest tak, że bierzemy kogoś, kto ucieka przed wojną do samochodu i robimy sobie small talk: „Co tam w Ukrainie”. Trzeba pozwolić tym ludziom pobyć w ciszy, z własnymi myślami, a jak sami zaczną coś mówić, to wtedy słuchać.

fot. Krzysztof Janoś

Zastanawiałeś się kim są ci ludzie?

Chłopak nie miał osiemnastu lat, dziewczyna, która mu towarzyszyła rzuciła jedynie, że nie mówią po angielsku. Pojedyncze słowa typu „hairdresser” wskazywały, że może była fryzjerką? On na pewno robił coś związanego z informatyką. Może się uczył? A może chciał zostać informatykiem? Tego nie wiem.

Matkę z dzieckiem zawiozłem pod konkretny adres we Wrocławiu. Wysiadłem z nimi, pomogłem im wbić do domofonu, co trzeba było wbić. I kiedy wyszła po nich siostra, to wyglądali tak, jakby zrozumieli, że nic im się nie stanie. Zaczęli dziękować. Wtedy też się wyluzowali.

Tak samo było z tymi nastolatkami, których zawiozłem do małej miejscowości niedaleko Wrocławia. Wysiedli przed domem i dziewczyna była naprawdę zaskoczona, że tak to wygląda. Że ja wychodzę i że życzę im powodzenia. Niosę im walizkę. To było dla niej nierealne. O co chodzi? W każdym momencie podróży świeciła im się jakaś lampka, jakaś rezerwa.

Kiedy proponowałem podczas pierwszego kursu, że gdzieś się zatrzymamy, napijemy się czegoś ciepłego, to odmawiali. Nie chcieli nawet herbaty. Myślę, że nie chodziło o dumę, może byli zmęczeni i chcieli jak najszybciej dojechać na miejsce, a może bali się wysiadać? Może pomyśleli, że ja będę chciał, żeby to oni mi postawili kawę? Nie wiem.

Sam masz dzieci. Miało to znaczenie w całej tej sytuacji?

Oczywiście. O tym, że angażuje się w pomoc zdecydowały zdjęcia maluchów w tych czapeczkach z pomponami, które nie powinny widzieć tego, co widziały. I uciekają z mamami. One powinny kombinować, jak zjeść czekoladki, tak żeby mama nie widziała, a nie jak uciekać przed bombami. Od razu mam w głowie swoje dzieci, które mają dwanaście i czternaście lat. Właściwie to sytuacja nie do wyobrażenia. Pomyślałem, że jak zacznę działać, to oglądanie tych obrazków z Ukrainy będzie mniej bolało.

Warto zwrócić uwagę na to, jak się pomaga

Na co trzeba uważać, kiedy się pomaga?

Słyszałem, że niektórzy jeżdżą na granicę codziennie. Uważam, że to nie jest dobre, bo taka podróż trwająca po dziesięć godzin to ogromny wysiłek. Potem trzeba wrócić, często w nocy, robi się niebezpiecznie. Zwyczajnie można się zajechać. I fizycznie i emocjonalnie.

Moim zdaniem lepiej to skanalizować i zamiast jednym autem 4-osobowym, pojechać na granicę wynajętym busem i zabrać kogoś ze sobą. Wtedy mamy szansę, że zamiast czterech osób przywieziemy może osiemnaście, a zmieniając się za kółkiem chociaż trochę odpoczniemy.

Warto też zwrócić uwagę na to, jak się pomaga. Trzeba się upewnić, że to, co kupujemy jest naprawdę potrzebne. Nie wrzucajmy żywności do baterii i latarek, bo potem za dużo czasu zajmuje sortowanie takich darów. Lepiej kupić jeden produkt, np. tylko baterie i je zapakować i opisać. Zdecydujmy się na coś.

Na zdjęciu przygotowane dary pomocowe dla Ukrainy / fot. archiwum prywatne Krzysztof Janoś

„Ninja” w transporcie, czyli eksperci od logistyki, tłumaczą, że inaczej wygląda sytuacja, kiedy mamy busa załadowanego pudłami i one mają oznaczenie, np. jedynki to baterie, dwójki latarki albo zamiast cyfr można użyć kolorów. Do tego zawsze jest lista. I wtedy wypakowanie takiej pomocy zajmie kilka minut, a jak wszystko będzie pomieszane, to może zająć nawet kilka godzin.

Jak bardzo pomaganie nam pomaga?

Psychicznie czuję się dużo lepiej, kiedy pomagam. Jest takie poczucie sprawstwa, że na coś ma się wpływ. W programie radiowym, który współprowadzę i w którym często gościmy psychologów, zastanawialiśmy się, na ile nasze pomaganie karmi nasze ego? Czy przypadkiem nie robimy tego po to, żeby się pochwalić i zaistnieć? Myślę, że fajnie zadać sobie to pytanie. Ja zadałem: stary, a ty nie odlatujesz w tym pomaganiu? Wydaję mi się, że to jest czyste. Chcę coś zrobić, żeby nie czuć bezsilności.

Trzeba pamiętać, że pomaganie to często „praca” na pełen etat. Moja żona jest lekarką i też bardzo mocno zaangażowała się w pomoc uchodźcom pod kątem medycznym. W pierwszych dniach telefon dzwonił non stop, każdy chciał coś skonsultować szczegóły zbiórki, czy potrzeba jeszcze fotelików, gdzie zawieźć żywność, skąd wziąć mieszkanie dla Ukraińców?

Szybko zrozumiałem, że nie mogę agregować tych wszystkich treści, bo sobie z tym nie poradzę. I nie poradzą sobie nasze dzieci, które zejdą na dalszy plan. W zależności od pytania, zacząłem odsyłać pytających do kompetentnego człowieka z wiedzą.

Wznieśliśmy się na wyżyny życzliwości i solidarności

Pomagającym też potrzebna jest pomoc?

Takie wyjazdy na granicę dużo kosztują. Mam na myśli koszty emocjonalne. Ja szybko się wzruszam, kiedy opowiadam o tym, co widziałem. Wzruszam się, kiedy myślę o tym, że jednego dnia nie znam nikogo, uruchamiam akcję, zbiórkę, i pojawia się trzydzieści osób, na które możesz liczyć i razem jesteście w stanie zrobić naprawdę wiele. Ktoś przywozi dary, ktoś kupuje benzynę, ktoś przysyła pieniądze. Nagle mamy mikroświat.

Inny świat.

Faktycznie, odkąd wybuchła wojna i zaczęliśmy pomagać, czuję się jak w innej Polsce. Spotykam samych życzliwych ludzi. Policjant jest po to, żeby ci pomóc, uśmiecha się, wskazuje drogę, to samo strażak, idziesz do spożywczaka i pani w sklepie wiedząc, że kupujesz bułki dla uchodźców, daje ci z uśmiechem te najświeższe. Wznieśliśmy się na wyżyny życzliwości i solidarności. Pytanie, co będzie dalej?

Autor: Ewelina Lis, Ann Asystent Zdrowia

Przeczytaj więcej w Ann:

0 Komentarzy

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *