Rak piersi. Złośliwy, trójujemny. Malwina trzyma go za szczypce [AUDIO]

Młoda, pełna energii kobieta, świeżo upieczona mama. Regularnie się badała, a gabinet ginekologa odwiedzała przynajmniej raz w roku. I nagle świat wali się na głowę. Diagnoza: złośliwy, trójujemny rak piersi z przerzutami do węzłów chłonnych. Plany i marzenia trzydziestokilkuletniej kobiety legły w gruzach. To początek historii Malwiny Arcisz – kobiety, którą rak dopadł niespodziewanie. Ale nie daje mu się. Walczy. Jak to robi? Przypominamy rozmowę z Malwiną, w której opowiada o swojej drodze z rakiem u boku.

Rak piersi – nigdy nie podejrzewałam, że mnie to spotka

Agnieszka Kryszpin, Ann Asystent Zdrowia: Ile już ta walka trwa?

Malwina Arcisz: Leczenie zakończyłam w roku 2019 roku. Ale wiadomo, to że się wyleczy nie oznacza, że przestaliśmy już chodzić do lekarza i możemy zapomnieć o całym raku. Pacjentem onkologicznym jest się do końca życia. 

Czy w Pani rodzinie wcześniej były przypadki nowotworów piersi lub sutka? Wie Pani o jakichś obciążeniach genetycznych?

Nie. Jestem pierwszą kobietą w rodzinie, której przydarzył się nowotwór piersi. Również badania genetyczne nie wykazały żadnych mutacji w moim przypadku. 

To skąd w takim razie nowotwór u tak młodej kobiety? 

Nie wiadomo. Lekarz genetyk powiedział mi, że może istnieć jakaś genetyczna mutacja, którą posiadam, ale o której jeszcze tak naprawdę nie wiadomo, bo badania wciąż trwają. Wciąż odkrywa się nowe mutacje. Na dziś, z tych które są poznane, okazuje się, że ja nie mam żadnej z nich.

Czyli to, że nie było wcześniej przypadków w Pani rodzinie powodowało, że nie myślała Pani aby się zbadać?

Od 17 roku życia sama badałam piersi. Byłam świadoma, że trzeba to sprawdzać. Natomiast jeżeli chodzi o pierwsze USG, to wykonałam je dopiero mając 28 lat. I to też dzięki ginekologowi, do którego trafiłam. Zdiagnozowano u mnie endometriozę. A ponieważ brałam leki hormonalne, miałam wskazanie do kontroli regularnej, co roku. Tak mi doradził ginekolog i tak robiłam. 

Nie podejrzewałam, że tak naprawdę może mnie to spotkać. Byłam świadoma, że gdzieś ta możliwość istnieje, bo brałam tabletki antykoncepcyjne dość długo. Jak się przeczyta ulotkę, w skutkach ubocznych jest gdzieś tam ten nowotwór piersi. Ale nigdy nie pomyślałam, że to mnie spotka. 

Malwina Arcisz z partnerem w szpitalu. Uśmiechają się mimo wstępnej diagnozy rak piesi
Malwina Arcisz, archiwum prywatne

Nikt nie traktował mnie poważnie, że to rak piersi

Kiedy pojawiły się pierwsze objawy takie, które dość poważnie Panią zaniepokoiły?

Mój syn Maksio miał 5 miesięcy. Wciąż karmiłam piersią. Pewnego dnia pod prysznicem, przy samobadaniu wyczułam guzka. Dość twardego. Nie pomyślałam absolutnie, że to może być coś nowotworowego. Raczej, że zastój pokarmu. Nie miałam nigdy problemu z pokarmem. Zawsze było go dużo, piersi zawsze bolały. To była pierwsza myśl, która się pojawiła. 

Od razu poszła Pani do lekarza? 

Porozmawiałam z pielęgniarką, która doradziła mi okłady i masaż. I powiedziała – jeżeli to nie zejdzie do tygodnia, to mam się zgłosić do lekarza. I tak zrobiłam, bo oczywiście nic się nie zmieniło. Moja lekarka pierwszego kontaktu zbadała mnie palpacyjnie. Podejrzewała, że to może być zastój mleka albo coś w stylu gruczolako- włókniaka. Nic tak naprawdę złośliwego, ale do kontroli na pewno.

Ponieważ to był czas po porodzie i mój organizm dopiero wracał do normy – dostałam dopiero co okres, ciągle karmiłam, do tego byłam młoda i bez historii – to lekarka od razu mnie nie skierowała na dalsze badania. Musiałam wrócić za 2 tygodnie. Taki tutaj mają system w Irlandii. 

Po tych 2 tygodniach wróciłam. Oczywiście nic się nie zmieniło, tylko bardziej mnie bolało. Bolało mnie od samego początku. Dostałam skierowanie do kliniki piersi w szpitalu. I tam znowu musiałam czekać prawie miesiąc na wizytę, żeby mnie przyjęli. Tylko dlatego, że byłam właśnie poniżej 35 roku życia i bez historii w rodzinie – nie traktowano mnie poważnie.

W każdą środę o 18.00 Klub Dyskusyjny Ann na żywo! Śledź nas na Facebooku!

Czekanie jakby nie miało końca

Na tej wizycie w szpitalu, miałam spotkanie z panią chirurg. Też zbadała mnie tylko palpacyjnie. Byłam bardzo zawiedziona, bo oczekiwałam, że będę miała USG, mammografię. Takie różne już badania konkretne. No niestety nie. Pani doktor powiedziała, że gdybym miała skończony 35 lat, to od razu bym tego samego dnia miała wszystko zrobione. Teraz, niestety nie może nic więcej dla mnie zrobić. Muszę czekać.

Powiedziała, żebym się nie martwiła, bo to może być coś spowodowane zastojem mleka, bo wciąż karmiłam. Teraz jak sobie o tym myślę, to mogłam mówić, że już przestałam karmić. Może inaczej by podeszli do tego.

Zanim dostałam się do szpitala, poszłam do prywatnej polskiej kliniki zrobić USG. Ale i ten lekarz dał skierowanie do szpitala. Już podejrzewał, że to raczej jest coś nowotworowego. Choć sam powiedział, że rak nie boli. Chyba, że jest w zaawansowanym stadium. Nie dało się tego przeskoczyć, żeby się dostać na diagnostykę do szpitala.

Malwina choruje na raka piersi, z zaskoczeniem na twarzy pyta jak nie zwariować z rakiem na pokładzie
fot.: Archiwum prywatne, Malwina Arcisz

Inny kraj, inne realia leczenia

Czyli od chwili, kiedy wyczuła Pani guzek do momentu, kiedy trafiła już Pani do specjalisty, jaki to był okres?

Trzy miesiące. Do czasu zrobienia biopsji to były trzy miesiące. Przez ten czas guz bardzo urósł. On mi tak rósł na zewnątrz, więc ja go widziałam. Ja widziałam, jak ta cała pierś zaczyna się zmieniać. Węzły chłonne mnie bolały pod pachą. Nie byłam w stanie nosić Maksia w ogóle na rękach po lewej stronie, bo był ogromy ból. Im bardziej mnie bolało, tym bardziej czułam, że może być to coś złego.

Powiedziała Pani o tym, że mieszka poza granicami naszego kraju. Czy inny system zdrowotny mógł wpłynąć na to, że diagnoza została w sumie późno postawiona?

Tak, mogło. Bo tu w przeciwieństwie np. do Polski, aby pójść do onkologa nawet prywatnie, muszę mieć skierowanie i tego się nie przeskoczy. Tu nie jest tak, jak w Polsce, że na NFZ ma się jakieś darmowe wizyty. Tu się płaci za wszystkie wizyty lekarskie. Nieważne czy pracuje się, czy też nie.

Tu okres czekania jest po prostu okrutny. Chyba, że się jest właśnie pacjentem priorytetowym. Z historią, z jakimiś już konkretnymi dowodami, że może to być coś niebezpiecznego. Wtedy tak. Wtedy działają szybko. Ale jak się jest zwykłą Malwiną, to się niestety czeka. 

Rak piersi trójujemny – najdłuższe 5 minut w moim życiu

Ale w końcu udało się. Po trzech miesiącach dostaje się Pani do specjalisty.

Tak. Jednego dnia mam zrobioną mammografię, USG i biopsję. Już przy robieniu tej biopsji, pani widziała, że jest coś nie tak. Miałam już zajęty węzeł chłonny i guz. Powiedziano mi, że za pięć dni będą wyniki i żebym przyszła z osobą towarzyszącą. Żebym nie była sama. Już w mojej głowie było, że to nie będzie dobra wiadomość.

Towarzyszyły Pani niepewność, nerwy, strach… Wewnętrzne poczucie, że jest źle? 

Był bardzo duży stres. Był grudzień. To był czas, kiedy ja wracałam z macierzyńskiego do pracy.  W ciągu dnia działo się coś cały czas, ale wracając do domu, jednak moje myśli wędrowały i ten stres był. Pięć dni wydawało się wiecznością.

Wiadomość o chemioterapii mnie rozbiła

Po wynik poszła Pani sam?

Nie. W ogóle na badania jeździłam z moim partnerem i z naszym synkiem. Nie mamy tutaj rodziny. Nikogo, żeby zostawić dziecko pod opieką. Nasi znajomi pracują całymi dniami, także wszędzie jeździliśmy razem. Nasza trójeczka. Marcin niestety z Maksiem się naczekali trochę w szpitalu, kiedy ja chodziłam na te badania. Ale daliśmy radę. Na wizytę, na której ogłoszono diagnozę, również pojechaliśmy razem. To był strasznie długi dzień. Lekarka miała dużo pacjentów, a jeszcze wcześniej jakiś zabieg. Także było duże opóźnienie. Spędziliśmy chyba z dwie godziny w tej poczekalni. Z każdą minutą, z każdym kwadransem, jaki mijał i kolejnymi ludźmi wychodzącymi, to już miałam w oczach strach: „Jezu, a jak to będzie rak? Marcin, co to będzie, jak to będzie rak?”

Moja lekarka to rzeczowa kobieta. Wytłumaczyła mi jaki to rak. Wzięła kartkę i długopis. Narysowała. Pokazała, dlaczego jest trójujemny. I w momencie kiedy wymieniała operację doszła do chemioterapii. To było jak młot o ścianę. Ta informacja rozbiła mnie totalnie. Poryczałam się. Wtedy to jakoś do mnie dotarło.

Trójujemny rak piersi. Nie diagnoza była najgorsza

Chemioterapia wszystkim kojarzy się ze złem. I dopóki tak naprawdę nie zachorujemy i nie mamy styczności z rakiem i chemioterapią – to mamy o niej trochę mylne pojęcie. Chemioterapia nie jest wcale najgorszym złem na świecie i niepotrzebnie wiele z nas się jej boi.

Dopiero kiedy padł termin chemioterapia to wywołało łzy? Nie sama diagnoza?

Tak. Ja miałam wszystko zaplanowane. Po Maksiu, chcieliśmy się w nadchodzącym półroczu starać o drugie dziecko. Z pierwszym staraliśmy się bardzo długo i dlatego chcieliśmy szybko mieć drugie dziecko. I żeby Maksio miał rodzeństwo. Marzyłam o dwójcie dzieci, także to było dla mnie bardzo ważne. I pierwsza myśl nie była, że mogę umrzeć – tylko że nie będę miała więcej dzieci. To było dla mnie najbardziej bolesne.

Złośliwy rak piersi trójujemny. Jak bardzo złośliwy to przeciwnik?

Jak się czyta w internecie o trójujemnym raku piersi, to można sobie już wybierać trumnę. Bo jest określany jako najgorszy. Nie ma na tego raka leczenia celowanego. Są wprawdzie już jakieś terapie w fazie testów, ale 3 lata temu nie było żadnej terapii celowanej, oprócz chemioterapii i operacji.

Internet to jest najgorszy wybór, jaki można sobie zafundować. Naprawdę. Czytając taką diagnozę to człowiek umiera. Sprawdzanie choroby w Internecie to jest zły pomysł. Nie warto jest się tym kierować. Każdy człowiek jest inny i każde leczenie inaczej na każdego oddziałuje.

Nigdy nie pomyślałam, że umrę

Macie już Państwo pewną diagnozę. To taki pierwszy silny cios. Co przychodzi później? Strach, żal, złość? A może pytanie „dlaczego ja”?

Nie. Nigdy nie pytałam, dlaczego ja. Tak jak nigdy nie pomyślałam o śmierci. Do momentu gdy nie spotkałam się ze swoją onkolog. Zapytałam, czy jest jakaś szansa na zabezpieczenie płodności. Usłyszałam wtedy, że nie, jeśli chcę żyć.

Guz rósł powoli do pewnego momentu. Potem jakby się rozpędził. Już nawet żyły miałam ciemniejsze na tej piersi. Skóra się zaczęła bardzo szybko zmieniać. To było tak, że z dnia na dzień budziłam się z nowym czymś. Lekarka powiedziała, że zabezpieczenie płodności to jest dodatkowy czas. Czas, którego ja nie mam, jeśli chcę wyzdrowieć. W tym momencie mam raka w węzłach chłonnych, a jego komórki zaczynają wędrować po moim organizmie. Każdy tydzień jest dla mnie na wagę złota. Trzeba rozpocząć chemioterapię natychmiast.

To było takie pierwsze uderzenie, że mogę wskoczyć w to niebezpieczne stadium tego nowotworu. To będzie dla mnie koniec. A przecież nie chcę umierać. To wszystko usłyszeliśmy razem z Marcinem, z Maksiem na kolankach. Patrzyłam tylko na niego i wiedziałam, że muszę się wyleczyć. 

Malwina z życiowym partnerem. oboje nie mają włosów
Malwina Arcisz, archiwum prywatne

Rak piersi – szpital był moim drugim domem

I dlatego myśl „mogę umrzeć” nie przychodziła?

Chyba tak. Później to chyba do mnie dotarło, że rzeczywiście mogłam… Jak pomyślę o tych wszystkich emocjach, które się wtedy kumulowały – to rzeczywiście.

Wzrusza się Pani. To wciąż wielkie emocje? 

Wkrótce miną 3 lata od diagnozy. Przepłakaliśmy wtedy z Marcinem cały wieczór.

I przychodzi ten trudny czas leczenia. Jak Pani go przeszła? Rzeczywiście chemioterpia bardzo utrudniła życie?

Chemioterapia to jest najtrudniejszy moment leczenia. Bo operacja i radioterapia to już jakoś leci górki. Najgorsza jest chemioterapia. To prawda. Ale da się przeżyć.

Jadąc do tego szpitala na podanie pierwszego wlewu, boimy się jak cholera. Bo nie wiemy, co nas czeka i myślimy, że od razu będziemy wymiotować, stracimy włosy itd. Tak się pamięta to z filmów. Ale to tak nie jest. Nie jest tak ponuro i tak smutno. Personel jest najmilszy, jaki miałam okazję poznać.

Ja miałam chemioterapię czerwoną. Podawaną ze strzykawki. Pielęgniarka siedziała przy mnie, przez cały czas. To zajmowało około pół godziny jakoś, żeby mi to wprowadzić do organizmu Przez ten cały czas, kiedy koło mnie siedziała, rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się. Wcale nie czułam, że jestem chora.

Pielęgniarki pamiętają nasze imiona, imiona naszych dzieci. Pamiętają, o czym rozmawialiśmy tydzień temu, dwa tygodnie temu. I to jest takie miłe, że się czuje, że się przychodzi jakby do domu. Choć to głupio brzmi, ale to był mój drugi dom przez pół roku.

Malwina Arcisz, archiwum prywatne

Mam obie piersi, ale czasem żałuję że nie usunęłam

Wspominała Pani o operacji. Czy to była operacja usunięcia piersi? Była taka konieczność?

Nie. Nie było takiej konieczności, chociaż na początku właśnie to mi sugerowano. Na szczęście nie było potrzeby mastektomii, ani usuwania wszystkich węzłów chłonnych. Chirurg przekonała mnie do operacji oszczędzającej.

Ale czy w Pani głowie nie zrodziła się taka myśl: „chce się uchronić, usunę”? 

Chciałam, wahałam się, biłam się z myślami bardzo. Ale ostatecznie, przekonałam się do oszczędzającej. Tylko i wyłącznie dlatego, że po prostu jest mniej komplikacji. Chociaż momentami żałuję, że nie usunęłam obu piersi. Bo przy badaniach teraz na przykład wyszła mała zmiana i w głowie się rodzą najróżniejsze myśli. Czy to może nawrót choroby? Czy może nowy rak? Bo można dostać nowego raka. Może pojawić się nowy, zupełnie inny niż ten, który mieliśmy wcześniej. Rak tak naprawdę, może się pojawić wszędzie. Nie musi być to pierś. 

Pomagało mi obracanie wszystkiego w żart

Jak wygląda Pani życie dzisiaj? Bo w sumie można było usiąść, płakać, rozpaczać, poddać się, ale Pani tego nie zrobiła. Udziela się Pani w mediach społecznościowych. Prowadzi Pani aktywne życie. Chciałoby się powiedzieć takie normalne. Ale ono takie do końca normalne nie jest. 

Jest na tyle normalne, na ile może być normalne. Nie mogłam usiąść, nie mogłam się załamać. Leczenie się udało. Mam syna. Dla niego chcę żyć, chcę być. Chcę go wiele rzeczy jeszcze nauczyć i pokazać. Chcę, by doświadczał szczęścia, a nie tylko smutków. Nie chcę, żeby widział Mamę smutną. Tak, to życie jest na pewno inne. Inaczej się je przede wszystkim przeżywa. Bynajmniej dla mnie.

Kolory są intensywniejsze, światło piękniej pada. Wszystko jest bardziej. Tak samo problemy, takie problemy dnia codziennego, nie mają już takiego znaczenia jak kiedyś. Nie przejmuję się tak wieloma pierdółkami. Jest tyle rzeczy nie wartych moich nerwów, które teraz dostrzegam i którymi się staram w ogóle nie przejmować i nie zajmować nimi głowy.

W mediach społecznościowych zaczęłam się udzielać, ponieważ kiedy ja zachorowałam, zaczęłam szukać czegoś pozytywnego. Jestem osobą, która potrafi żartować praktycznie ze wszystkiego. Mam taki trochę czarny humor. Pomagało mi bardzo obracanie wszystkiego w żart, w uśmiech, bo ile można płakać? 

Radosna twarz Malwiny po zakończonym leczeniu. W ręku trzyma pluszowego raka jako znak, że trzyma raka piersi za szczypce
fot.: Archiwum prywatne, Malwina Arcisz

Rak piersi – musimy walczyć o siebie

Szukałam w internecie stron takich podnoszących na na duchu, śmiesznych rzeczy związanych z chorobą. I nie znalazłam. Stwierdziłam, czemu nie otworzyć się na ludzi? Na pewno jest więcej takich osób jak ja. Takich, które potrzebują czegoś pozytywnego. Bo przecież to nie jest tak, że my tylko wymiotujemy i tylko płaczemy i tylko nas boli. Podczas leczenia, większość z nas prowadzi normalne życie na tyle, na ile może w danej chwili. 

Nastawienie w chorobie jest pomocne?

Bardzo. Nie ważne jak lekarz bardzo się stara wyleczyć chore ciało. Jeśli umysł się podda, to nawet najlepszy specjalista nie jest w stanie dużo zdziałać.

Nie poddawać się na żadnym etapie?

Tak. Nikt o nas nie zawalczy jak my sami tego nie zrobimy.

Podoba Ci się tekst? Polub nas w mediach społecznościowych i zainstaluj darmową aplikację Ann Asystent Zdrowia.

Trzymam raka za szczypce, ale wciąż się boję

Jaka jest dziś Pani sytuacja? Trzyma Pani raka za szczypce i nie daje mu się panoszyć? 

Tak, trzymam. Chociaż jest ciężko.

Nikt z nas nie jest niezniszczalny i rak może się każdemu z nas przydarzyć. Dlatego tak ważne jest badanie siebie i słuchanie swego organizmu. Bo kto jak nie my będziemy wiedzieli, że coś jest nie tak. Trzeba słuchać swojej intuicji i walczyć o swoje zdrowie, bo nikt inny za nas tego nie zrobi.

A jeżeli chodzi o samą diagnozę, kiedy już nas dopadnie, niezależnie od tego ile jest nam dane żyć – nie liczy się długość a jakość naszego życia. Szczęście możemy znaleźć nawet w najczarniejszych dniach. Trzeba po prostu chcieć je dostrzec.

Autor: Agnieszka Kryszpin, Ann Asystent Zdrowia

Serwis / aplikacja Ann dokłada wszelkich starań, aby treści składające się na zawartość serwisu były ścisłe i poprawne. Prezentowana treść jest dostarczana jedynie w celach informacyjnych lub edukacyjnych. W żadnym zakresie nie zastępuje i nie może być utożsamiana z konsultacją czy poradą lekarską.

Czytaj więcej o chorobie raka piersi w aplikacji Ann Asystent Zdrowia:

0 Komentarzy

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *